piątek, 3 lipca 2020

"Nie miałyśmy pieniędzy na życie". Kulisy ułaskawienia przez Andrzeja Dudę skazanego za seksualne molestowanie córki

Na drastyczne pogorszenie sytuacji ekonomicznej wskazują zeznania córki i konkubiny mężczyzny, skazanego za znęcanie się nad bliskimi i seksualne molestowanie córki, którego w marcu ułaskawił prezydent Andrzej Duda. "Nasza sytuacja finansowa była bardzo zła, razem z mamą mieliśmy dużo długów" - to fragment zeznań córki skazanego. O "bardzo złej" sytuacji finansowej mówiła również jej matka: "Nie miałyśmy pieniędzy na życie". Kobiety starały się o zniesienie zakazu zbliżania się, jakim objęty był skazany. Obie zeznały: "Pracuje i pomaga nam w utrzymaniu". Sędzia sądu rodzinnego Karolina Sosińska, z którą rozmawiał Onet, nie ma wątpliwości: w tej sprawie mamy do czynienia z "przemocą ekonomiczną, której sprawcą jest tak ten skazany mężczyzna, jak państwo polskie". "Czy gdyby te kobiety miały pieniądze, to tak pozytywnie odnosiłyby się do tego człowieka? Ojca, który zgwałcił córkę? Odpowiedź wydaje się oczywista" - zauważa sędzia.

O sprawie stało się głośno za sprawą publikacji "Rzeczpospolitej", która we wtorek podała, że pod koniec swej kadencji prezydent Andrzej Duda dokonał kilku ułaskawień, w tym mężczyzny skazanego za przestępstwo seksualne wobec małoletniej córki.

Dzień później prezydent podkreślił we wpisie na Twitterze, że "sprawa dotyczyła jedynie zakazu zbliżania się. Inne kary były dawno wykonane (nie było gwałtu)".

"Dorosła już od lat pokrzywdzona z matką prosiły o uchylenie zakazu zbliżania się, bo w praktyce mieszkają ze skazanym w jednym domu. To sprawa rodzinna. Wniosek popierały sądy i Prokuratura Generalna" - pisał Andrzej Duda.

Informację o tym, że ułaskawienie nie dotyczyło kary więzienia, którą skazany odbył w całości, potwierdziła również Prokuratura Krajowa.

"Ułaskawienie nie dotyczy kary pozbawienia wolności, a wyłącznie skrócenia orzeczonego na sześć lat zakazu kontaktowania się z pokrzywdzonymi, czyli pełnoletnią dziś córką i jej matką. To one same wystąpiły z wnioskiem o skrócenie tego zakazu" - przekazała Prokuratura Krajowa.

Mężczyzna skazany został na 4 lata więzienia za znęcanie się nad bliskimi i molestowanie seksualne córki. Karę odbył w całości, na wolność wyszedł w 2015 roku. Za to jednak, że w trakcie odbywania kary złamał zakaz kontaktowania się z pokrzywdzonymi: dzwonił do nich i wysłał co najmniej 12 listów, został skazany na rok więzienia. Również tę karę odbył w całości - a po opuszczeniu zakładu karnego w marcu 2018 roku zamieszkał razem z pokrzywdzonymi - choć zakaz zbliżania się do córki i jej matki miał go obowiązywać przez 6 lat od dnia opuszczenia więzienia po pierwszym wyroku.

To sprawiło, że kurator sądowy zawiadomił prokuraturę o złamaniu zakazu. Wtedy konkubina mężczyzny i ich córka zwróciły się do prezydenta z prośbą o ułaskawienie, czyli skrócenie zakazu zbliżania.

"Nie miałyśmy pieniędzy na życie". Fragmenty zeznań matki i córki

Teraz o szczegółach zeznań kobiet piszą Polska Agencja Prasowa i Onet.

Jak podaje PAP, obie kobiety zeznały, że świadomie pozwoliły mężczyźnie zamieszkać z nimi po wyjściu z więzienia, choć wciąż obowiązywał go sądowy zakaz kontaktowania się z nimi.

"Gdy tata wyszedł z więzienia, ja z mamą podjęłam decyzję, że ojciec może zamieszkać z nami. Była to moja i mamy dobrowolna decyzja (...) Tata pracuje i pomaga nam w utrzymaniu, ja chcę, aby on nadal był z nami" - cytuje PAP zeznanie córki mężczyzny.

 

Przez ten okres około czterech lat ja nie utrzymywałam kontaktu z tatą, on pisał do mnie listy, ale ja na nie nie odpisywałam. W związku z tymi listami mama założyła sprawę. Tata wyszedł z więzienia 13 albo 14 listopada 2015 roku. Ojciec zamieszkał z rodzicami (...). W tym czasie nasza sytuacja finansowa była bardzo zła, razem z mamą mieliśmy dużo długów i za pośrednictwem rodziców poprosiliśmy go o pomoc finansową. Ojciec zgodził się i od 2016 roku zaczął nam pomagać, on nie kontaktował się z nami (...) zaczął nam bardzo pomagać. Od tego momentu ojciec się zmienił, stał się innym człowiekiem, przestał pić alkohol. W (...) 2017 roku tata ponownie musiał odbyć karę w zakładzie. Gdy tata wyszedł z więzienia, ja z mamą podjęłam decyzję, (...) w marcu 2018, że ojciec może zamieszkać z nami. Była to moja i mamy dobrowolna decyzja. Mama i ja wpuściłam do mieszkania tatę. I on od wymienionej pory zaczął mieszkać z nami. Tata pracuje i pomaga nam w utrzymaniu, ja chcę, aby on nadal był z nami. W tej sprawie wystosowałam pismo do prezydenta RP z prośbą o ułaskawienie ojca. Sprawa trafiła do sądu i oczekuję na jej wynik. Ja nie chcę, aby w tej sprawie było postępowanie karne, ja się nie czuję pokrzywdzoną. To wszystko, co mam do powiedzenia w tej sprawie.

Zeznania córki ułaskawionego mężczyzny
 

Jej matka, jak czytamy, zeznała natomiast: "Jest zupełnie innym człowiekiem, nie pije, nie znęca się. (...) On nas obdarzył opieką, zrobił się zupełnie innym człowiekiem. Ja z córką podjęłam decyzję (...), że może zamieszkać z nami. (...) Pracuje i pomaga nam w utrzymaniu. Ja nie wiem, na jaki czas miał zakaz zbliżania, chyba na cztery lata. Według mojej oceny nie popełnia żadnego przestępstwa, ja chcę, żeby on z nami był".

 

On zamieszkał z rodzicami (...). W roku 2016 ja z córką nawiązałam kontakt z rodzicami (...), nasza sytuacja finansowa w tamtym okresie była bardzo zła, nie miałyśmy pieniędzy na życie. (...) gdy dowiedział się o naszych problemach, zaczął nam pomagać finansowo, znalazł pracę (...) i przychodził do nas do domu pod naszą nieobecność. Zostawiał pieniądze, naprawił nam bojler, abyśmy miały ciepłą wodę. Było to na moją i córki prośbę o pomoc. Ja nie miałam nikogo innego, aby nam ktoś pomógł. (...) pomógł nam spłacić dług za mieszkanie. Przez cały 2016 rok nam pomagał, ale nie widując się z nami. W roku 2017 (...) ponownie wrócił do zakładu karnego w Sztumie celem odbycia kary za jego kontakty z nami, on pisał do nas listy z zakładu karnego. Ja w 2013 roku zgłosiłam ten fakt, że wysyła do nas listy. (...) teraz jest zupełnie inaczej (...), nam i córce pomaga, jest zupełnie innym człowiekiem, nie pije, nie znęca się. (...) on nas obdarzył opieką, zrobił się zupełnie innym człowiekiem. Ja z córką podjęłam decyzję (...), że może zamieszkać z nami. Była to moja i córki decyzja, ja go wpuściłam dobrowolnie do mieszkania, pozwoliłam z nami mieszkać. Pracuje i pomaga nam w utrzymaniu. Ja nie wiem, na jaki czas miał zakaz zbliżania, chyba na cztery lata. Według mojej oceny nie popełnia żadnego przestępstwa, ja chcę, żeby on z nami był. W tej sprawie wystosowałam pismo do prezydenta RP z prośbą o ułaskawienie. Sprawa trafiła do sądu i oczekuję na jej wynik. Ja nie chcę, aby w tej sprawie było prowadzone postępowanie karne, ja się nie czuję pokrzywdzoną. To wszystko, co mam do powiedzenia w tej sprawie.

Zeznania konkubiny ułaskawionego mężczyzny
 

O ułaskawienie mężczyzny - przez zwolnienie go z zakazu kontaktowania i zbliżania się do niej i córki - konkubina mężczyzny zwróciła się do prezydenta w czerwcu 2018. W uzasadnieniu prośby wskazała, że ona i córka pojednały się ze skazanym, że im pomaga i że chce dzielić z nim życie, a orzeczony zakaz stoi na przeszkodzie jej planom życiowym, które wiąże ze skazanym.

Podobną prośbę złożyła córka mężczyzny. Uzasadniała, że ojciec stał się innym człowiekiem, podjął pracę i zaczął dbać o nią i matkę. Pisała również, że "zmotywował ją do ukończenia szkoły średniej i zachowywał się nienagannie w każdym aspekcie".

Prośbę o ułaskawienie złożył także sam skazany, przekonując, że zakaz sądowy nie pozwala mu tworzyć "w pełni funkcjonującej rodziny".

Na trudną sytuację ekonomiczną kobiet wskazuje Onet: powołując się na dokumenty, do których dotarł, portal zaznacza, że w rozmowie z kuratorami matka i córka wprost wskazały, że podczas pobytu "ojca rodziny" w więzieniu ich sytuacja finansowa drastycznie się pogorszyła.

"Dziewczyna - ofiara ojca - zmuszona była przerwać naukę w szkole i wspólnie z matką iść do pracy fizycznej, wykonywanej na umowę zlecenie. (...) Kobiety wskazywały, że obie mają długi z powodu zaciągniętych kredytów konsumpcyjnych, grozi im eksmisja z mieszkania (...)" - podkreśla Onet.

Portal zaznacza, że również sam mężczyzna, prosząc w czerwcu 2018 o ułaskawienie, "podnosił, że zakaz zbliżania się do konkubiny i córki doprowadził je do krytycznej sytuacji finansowej i uniemożliwia rodzinie normalne funkcjonowanie. On sam zaś przestał pić - poddał się terapii i pragnie odbudować więzi rodzinne".

"Z opinii kuratorów wynika, że córka wybaczyła ojcu, który namawia ją do kontynuowania nauki. Matka dziewczyny przekonywała z kolei, że jej sytuacja finansowa uległa znaczącej poprawie dzięki staraniom mężczyzny oraz że uważa za niezbędne jego dalsze zaangażowanie w życie rodzinne" - relacjonuje portal.

Ostatecznie prośby o ułaskawienie zostały pozytywnie zaopiniowane przez sądy okręgowy i apelacyjny, negatywnych uwag nie miał również kurator sądowy, który uznał, że fakt wspólnego życia wywołuje pozytywne dla wszystkich zainteresowanych skutki. Pozytywna była również opinia prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry.

W efekcie w marcu tego roku prezydent Andrzej Duda ułaskawił skazanego.

ZOBACZ RÓWNIEŻ:

 Sędzia sądu rodzinnego: "Czy gdyby te kobiety miały pieniądze, to tak pozytywnie odnosiłyby się do tego człowieka? Ojca, który zgwałcił córkę?"

"Sytuacja tych dwóch kobiet to jest potworna w swojej oczywistości przemoc ekonomiczna, której sprawcą jest tak ten skazany mężczyzna, jak państwo polskie" - komentuje w rozmowie z Onetem Karolina Sosińska, sędzia sądu rodzinnego i prezes Stowarzyszenia Sędziów Sądów Rodzinnych "Pro Familia".

"Czy gdyby te kobiety miały pieniądze, to tak pozytywnie odnosiłyby się do tego człowieka? Ojca, który zgwałcił córkę? Odpowiedź wydaje się oczywista. (...) Przecież one nie miały co do garnka włożyć, a to pojawił się ‘dobrodziej’, który i kran naprawił, i pieniądze dał... To jest przerażające, ta niemoc tych dwóch kobiet" - podkreśla.

Sędzia Sosińska podkreśla, że "przecież to dziecko doznało krzywdy, której nie da się z głowy wyrzucić. Jak córka mogła wybaczyć coś takiego? Ona teraz wybiera namiastkę normalności, zmuszona najpewniej względami finansowymi".

"Te dwie kobiety powinny dostać maksymalne wsparcie ze strony państwa oraz ze strony ośrodków opiekujących się ofiarami przestępstw. Problem w tym, że w ostatnich latach te ośrodki, które powinny być finansowane z Funduszu Sprawiedliwości, pozostającego w gestii ministra sprawiedliwości, były pozbawiane środków, bo te trafiały do organizacji o profilu prawicowym, często powiązanych z Kościołem" - komentuje prezes "Pro Familia" w rozmowie z Onetem.

"Powiem wprost: po znęcaniu się i gwałcie ta rodzina nie funkcjonuje, więc wniosek o ułaskawienie nigdy nie powinien być uwzględniony" - mówi sędzia Karolina Sosińska i zauważa, że prezydent Andrzej Duda "powinien zainteresować się losem tych kobiet (...), zadbać o to, by nie musiały mieszkać pod jednym dachem ze swoim oprawcą".

"Zrobić cokolwiek, by efektywnie pomóc - a nie powtarzać, że ‘rodzina jest najważniejsza’. Bo tej rodziny po prostu nie ma" - kwituje.

zrodlo:https://www.rmf24.pl/;miziaforum.com

"Tragiczny bilans wybuchu w fabryce fajerwerków. 4 zabitych, prawie 100 rannych"

Cztery osoby zginęły, a 97 zostało rannych w piątek w wyniku silnej eksplozji w fabryce sztucznych ogni w rejonie miasta Hendek na północnym zachodzie Turcji. W chwili wybuchu w zakładzie przebywało ponad 180 pracowników.

Wszystkich 97 rannych hospitalizowano, następnie 16 zwolniono - poinformował dziennikarzy minister zdrowia Fahrettin Koca. Jedna osoba jest w stanie krytycznym. Minister przekazał, że na miejsce wysłano 85 karetek, dwa śmigłowce pogotowia i 11 zespołów ratowniczych.

Akcję gaśniczą utrudniały jednak liczne późniejsze wybuchy. Sytuację udało się opanować dopiero po kilku godzinach. Nie wiadomo na razie, co spowodowało eksplozję. W sprawie wszczęto śledztwo.

Minister Koca, który przybył na miejsce wypadku wraz z ministrem spraw wewnętrznych i ministrem pracy, powiedział dziennikarzom, że tego dnia w zakładzie pracowało 186 osób.

Tureckie telewizje pokazywały najpierw nagrania, na których było widać kłęby dymu unoszące się nad miejscem wybuchu. Stacja HaberTurk podała, że władze zablokowały drogi prowadzące do zakładu.

zrodlo:https://www.rmf24.pl/;miziaforum.com

"Małe (a może duże) manipulacje"

Kampania wyborcza przed drugą turą w pełni. Rozkład sił jest jasny: po jednej stronie wykształceni, przestrzegający zasad, czyści i pachnący, po drugiej dzicz, co sra na plażach i przepija 500 plus.

GW

Jedną z zasad tych czyściejszych jest przywiązanie do norm, wstrzemięźliwość w emocjach, demokratyczne, a zatem równe traktowanie wszystkich wobec prawa. No, przeszłość pokazała, że nie zawsze się udaje, ale teoretycznie sytuacja wygląda doskonale.

Duda ułaskawił człowieka skazanego z trzech artykułów: za kazirodczy gwałt na dziecku poniżej 15. roku życia (art. 197 par. 2 i 3 kk), znęcanie się nad członkiem rodziny (art. 207 par. 1 kk) oraz za uszczerbek na zdrowiu poniżej siedmiu dni (art. 156 par. 2 kk). Za te obrzydliwe przestępstwa dostał wyrok wielu lat więzienia.  Rodzina zwróciła się do prezydenta o akt łaski dla niego. Dostał go. Po odbyciu kary zamieszkał w tym samym domu, z ofiarami zresztą. Od kilku dni liberalne media trzęsą się z oburzenia: Duda ułaskawił pedofila! I jadą tym „pedofilem” ile tylko wlezie, bo termin jest, trzeba przyznać chwytliwy i jak znalazł na kampanię wyborczą.

Dzisiejsza „Gazeta Wyborcza” nie pozostaje w tyle. Na pierwszej stronie w lewym, dolnym rogu – zachęta w tytule „Pedofil ułaskawiony przez Dudę”. Smaczne. I zajawka też niezła: „ Akt łaski dotyczy skazanego za zgwałcenie dziecka i znęcanie się nad rodziną”. Nóż się w kieszeni otwiera i tak przecież ma być. Przewracamy kartkę. „Niejasna łaska prezydenta Dudy”, zawiadamiają Wojciech Czuchnowski i Ewa Ivanowa. Państwo redaktorstwo domagają się, by w dalszym ciągu jechać po tym pedofilu, który zachował się podle i haniebnie. Podają w wątpliwość, czy aby na pewno ofiary, które zwróciły się do Dudy o ułaskawienie wiedziały co robią? Może to był „syndrom sztokholmski”, a nie „pojednanie”? Ja na miejscu ofiar bym się zastanowił, skoro tak zacni ludzie jak dziennikarze GW im radzą.

Na kolejnej stronie ten sam duet rozwija swe poglądy w odrębnym artykule: „Duda ułaskawił pedofila”. Czujnie zwracają uwagę, że poprzedni prezydenci nie ułaskawiali skazanych za takie przestępstwa. Powołują się na pracowników poprzednich prezydentów, którzy z obrzydzeniem deklarują, że ich pryncypałowie nigdy nie ułaskawiali takich zbrodniarzy. Dziennikarze piszą, że w sztabie Dudy „wybuchła panika”, kiedy wyszło na jaw, kogo Duda ułaskawił. Podpierają się opiniami prokuratorów, którzy albo nie słyszeli o „ułaskawieniu w podobnej sprawie”, albo podważają, czy aby na pewno z tymi ofiarami, które prosiły o łaskę, jest wszystko w porządku („ofiary działają często nieracjonalnie”). Do tego wywiad z adwokatem i karnistą, który też mówi, by do takich wniosków „podchodzić z ostrożnością”. Podkreśla, że miał miejsce gwałt na dziecku. To, że jest członkiem kancelarii, w której pracuje były minister sprawiedliwości w rządzie PO, to oczywiście absolutny przypadek.

I gdzieś tam, hen, na 17 stronie, pojawia się artykuł prof. Moniki Płatek, która pisze „w tym jednak przypadku wydaje się, że [prezydent Duda – przyp. red.] nie naruszył prawa i zachował się i godnie, i rozsądnie”. To zdanie na samym końcu. A przed nim prof. Płatek kompetentnie rozmazuje na ścianie typ argumentacji stosowany w cytowanych wyżej artykułach. Zwraca uwagę na nadużywanie słowa „pedofil” („ci, którzy gwałcą dzieci, najczęściej nie są dotknięci pedofilią”), wskazuje proporcje między karą a pojednaniem, odrzuca obelżywe dla ofiar domniemania, że nie wiedzieli co czynią, słowem, robi to, czym słynie od wielu lat: uczciwie i obiektywnie przedstawia sytuację, w której człowiek, który popełnił przestępstwo, ale poniósł za nie karę, ma swoje prawa i nie przestaje być człowiekiem. Płatek idzie pod prąd.

Zwraca uwagę na istotę słowa „łaska”, zawierająca się w zdaniu: „Nie odrzucili bliskiego. Potępili jego czyny, ale nie jego. Odbył wyznaczoną mu karę. Ma prawo powrócić do społeczeństwa”.

Jej kompetentny tekst jest całkowitym przeciwieństwem tekstów z pierwszych trzech stron GW, których autorzy służą swoimi piórami potrzebom kampanii wyborczej kandydata miłego sercu ich pryncypała.

zrodlo:miziaforum.com

"Assange, Abdallah: los więźniów politycznych na Zachodzie"

Julian Assange, dziennikarz i wydawca ścigany przez Stany Zjednoczone za ujawnienie zbrodni amerykańskiego wojska w Iraku i Afganistanie, na razie więzień Wielkiej Brytanii, obchodzi dziś swoje 49 urodziny w więzieniu specjalnym Belmarsh pod Londynem. Dobra okazja do upomnienia się o ofiarę skandalicznej, prawnej farsy dyrygowanej przez administrację północnoamerykańskiego imperium: dziś 40 organizacji obrony praw człowieka i wolności słowa wystosowało wspólny, publiczny list do brytyjskiego ministra sprawiedliwości Roberta Bucklanda z wezwaniem o „natychmiastowe” uwolnienie dziennikarza.

Sygnatariusze, wśród których są m.in. Międzynarodowa Federacja Dziennikarska, międzynarodowy PEN, czy Reporterzy bez Granic, domagają się również zablokowania ekstradycji Assange’a do USA, gdzie grozi mu kara śmierci lub 175 lat więzienia, albo i więcej, gdyż Amerykanie dopisują ciągle nowe, coraz bardziej groteskowe oskarżenia wobec człowieka, któremu śmierć grozi już teraz, w brytyjskim więzieniu. List wystosowano do rządu, nie sądu, bo w krajach NATO sądy wykonują po prostu niejawne decyzje administracji w politycznych sprawach o zasięgu międzynarodowym. Wszyscy zainteresowani wiedzą, że niezależność wymiaru sprawiedliwości pozostaje jedynie poczciwym mitem.

To Boris Johnson i jego rząd zdecydują o losie tragikomicznego procesu ekstradycyjnego Assange’a, który ma zostać wznowiony we wrześniu. Ściślej mówiąc, prawdziwym decydentem będzie rząd amerykański, bo nawet gdyby Johnson chciał pójść na rękę organizacjom twierdzącym, że prześladowanie Assange’a „przyczyni się do degradacji wolności wypowiedzi i zaczerni wizerunek Zjednoczonego Królestwa”, musiałby najpierw zapytać władze imperium, czy może to zrobić. Niestety, trudno tu oczekiwać pozytywnego rozwiązania.

Przykładów jest wiele, ale chyba najbardziej symptomatyczny w Europie to sprawa 69-letniego Georges’a Abdallaha, więzionego we Francji. Assange pozostaje w zamknięciu od ośmiu lat, Abdallah od 36. Zarzuty wobec nich mają odmienny charakter, ale oba wypadki łączy farsowość procesów, decyzje rządowe i – przede wszystkim – naciski imperium. Georges Abdallah to Libańczyk z chrześcijańskiej rodziny, który został komunistą i od 1971 r. był członkiem Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny, by brać udział w antykolonialnej walce wyzwoleńczej. Gdy Izrael zaczął napady na Liban w 1978 r., był jednym z założycieli Rewolucyjnej Frakcji Armii Libanu (FARL), która brała udział w obronie kraju.

W 1982 r., podczas gdy w Libanie trwała wojna, bojownicy FARL dokonali dwóch zamachów w Paryżu na oficerów służb specjalnych bezpośrednio zaangażowanych w organizację zbrodni w Libanie. W jednym zginął pułkownik amerykańskiej CIA Charles R. Ray, w drugim major izraelskiego Mosadu Jakow Barsimientow. Abdallah nie brał udziału w tych egzekucjach (sprawcy są znani), ale dwa lata później został aresztowany w Lyonie z fałszywym algierskim paszportem, za co wytoczono mu sprawę. Amerykanie i Izraelczycy zwrócili się do rządu francuskiego o rozszerzenie oskarżenia. Zarzucono mu więc „wspólnictwo” w zamachach i w 1986 r. skazano na dożywocie.

Jego adwokatem był wtedy Jean-Paul Mazurier, jak się okazało – podsunięty przez francuskie służby specjalne (DGSE). Po procesie wydał on książkę, w której opisał swą współpracę z nimi i jak oszukał swego klienta, by doprowadzić do jak najsurowszego skazania. Mimo to, podtrzymano ważność procesu, jak gdyby nigdy nic. Od 1999 r. Georges Abdallah mógł ubiegać się o zwolnienie warunkowe, na które sąd zgodził się cztery lata później, lecz Amerykanie zażądali trzymania go w więzieniu, co rząd francuski musiał wykonać. Odtąd Libańczyk już dziesięć razy zwracał się o zwolnienie, ale siedzi do dzisiaj, mimo przychylności wymiaru sprawiedliwości, wyłącznie na podstawie decyzji administracyjnych, podjętych pod wpływem Stanów Zjednoczonych. Dziesięciolecia walki organizacji praw człowieka, partii lewicowych i prawników o uwolnienie Abdallaha nic nie dały. Imperium nie wybacza.

zrodlo:miziaforu,com

"Polska nie przejmuje się kryzysem klimatycznym. Wycinamy coraz więcej drzew"

Lasy Państwowe mataczą w sprawie ilości sadzonych drzew. Według spółki skarbu państwa dokonywanych jest 57 tysięcy nasadzeń na godzinę. Tymczasem dane Komisji Europejskiej pokazują niepokojący wzrost powierzchni terenów leśnych, które przeznaczane są pod wycinkę.

Obszar leśny przeznaczony pod wycinkę powiększył się w Polsce o 58 proc. – poinformował magazyn „Nature’, powołując się na dane Komisji Europejskiej. To efekt podejścia władz Lasów Państwowych, które traktują lasy jak magazyny drewna. Przedsiębiorstwo będące największym obszarnikiem w Europie zarobił w 2019 roku na czysto 415 mln, co plasuje je w czołówce najbardziej dochodowych polskich firm.
 
Zasobność nie idzie jednak w parze z odpowiedzialnością. Włodarze z Lasów Państwowych wydaje się całkowicie ignorować konieczności wynikające z kryzysu klimatycznego. Intensywna wycinka prowadzi do obniżenia zdolności drzewostanu do absorpcji dwutlenku węgla. Nawet jeśli przyjąć by za prawdziwą sensacyjną wartość – 57 tysięcy nasadzeń dziennie, którą podają Lasy Państwowe, to trzeba mieć na uwadze, że młode drzewa nie są w stanie wchłaniać takiej ilości CO2. Odtworzenie tej zdolności zajmie co najmniej kilka dekad.
 
Problem nie dotyczy tylko Polski. Na podstawie zdjęć satelitarnych wykonanych przez Wspólne Centrum Badawcze KE, ustalono, że lasy pokrywają ok. 38 proc. powierzchni Unii Europejskiej. Jednak w porównywanych okresach 2011-15 do 2016-18 średnioroczna powierzchnia wycinki drzew zwiększyła się o 49 proc. Doszło do wzrostu średniorocznej utraty biomasy leśnej o 69 proc. Autorzy raportu wśród krajów mających najwięcej na sumieniu wymienili Polskę, Hiszpanię, Portugalię, Estonię, Łotwę, Litwę.
 
zrodlo:miziaforum.com

"Wiadomości twierdzące, że pożar nuklearny w Iranie pogłębia tajemnicę"

DUBAJ, Zjednoczone Emiraty Arabskie (AP) - wideo online i wiadomości rzekomo twierdzą, że ponoszą odpowiedzialność za pożar, który według analityków zniszczył fabrykę wirówek w irańskim podziemnym ośrodku nuklearnym Natanz, pogłębił tajemnicę w piątek wokół incydentu.

Wielorakie, odmienne twierdzenia samoopisującej się grupy zwanej „Gepardami Ojczyzny” obejmowały język używany przez kilka wygnanych irańskich organizacji opozycyjnych, a także koncentrowały się prawie całkowicie na programie nuklearnym Iranu, postrzeganym przez Izrael jako zagrożenie dla jego istnienia .

Odmienne wiadomości, a także fakt, że eksperci z Iranu nigdy wcześniej nie słyszeli o tej grupie, rodziły pytania o to, czy Natanz ponownie spotkał się z sabotażem obcego narodu, jak miało to miejsce podczas wybuchu wirusa komputerowego Stuxnet, który został opracowany przez USA i USA. Izrael.

„Jeśli zostanie udowodnione, że nasz kraj został zaatakowany przez cyberataki, odpowiemy” - ostrzega gen. Gholam Reza Jalali, szef irańskiej jednostki wojskowej odpowiedzialnej za zwalczanie sabotażu, wynika z raportu pod koniec czwartku agencji prasowej Mizan.

Irańscy urzędnicy starali się zlekceważyć pożar we wczesny czwartek, nazywając go „incydentem”, który dotknął „szopę przemysłową”. Jednak opublikowane zdjęcie i wideo transmitowane przez irańską państwową telewizję pokazały dwupiętrowy ceglany budynek ze śladami przypalenia i dachem najwyraźniej zniszczonym. Szczątki na ziemi i drzwi, które wyglądały na zdmuchnięte z zawiasów, sugerowały wybuch towarzyszący blaskowi .

Pożar rozpoczął się około 2 w nocy czasu lokalnego w północno-zachodnim rogu kompleksu Natanz w centralnej irańskiej prowincji Isfahan, zgodnie z danymi zebranymi przez amerykańskiego satelitę National Oceanic and Atmospheric Administration, który śledzi pożary z kosmosu.

Dwóch amerykańskich analityków, którzy rozmawiali z The Associated Press, opierając się na opublikowanych zdjęciach i zdjęciach satelitarnych, zidentyfikowało dotknięty budynek jako nowe centrum montażu wirówek Iranu w Natanz. Irańscy urzędnicy nuklearni nie odpowiedzieli na prośbę AP o komentarz na temat ustaleń analityków.

Zanim wiadomość o pożarze została upubliczniona, perska służba BBC twierdzi, że jej dziennikarze otrzymali e-maile od samozwańczych „Gepardów Ojczyzny”, twierdzących o ataku na Natanz.

W filmie stwierdzono, że grupa zawierała „żołnierzy z serca organizacji bezpieczeństwa reżimu”, którzy chcieli powstrzymać Iran od zakupu broni nuklearnej. Iran od dawna utrzymuje swój program atomowy dla celów pokojowych. Jednak Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej powiedziała, że Iran „przeprowadził działania związane z opracowaniem jądrowego urządzenia wybuchowego” w ramach „ustrukturyzowanego programu” do końca 2003 r.

Film i jedno pisemne oświadczenie odnosiły się również do Najwyższego Przywódcy Ajatollaha Alego Chamenei jako „zahhak”, potwora w perskim folklorze. Ale ton wiadomości był sprzeczny: jedna z terminologią często kojarzyła się z irańską grupą emigracyjną Mujahedeen-e-Khalq, a wideo najwyraźniej pokazuje irańską szyicką teokrację jako gorszą od rządów Shaha Mohammada Rezy Pahlaviego. Wideo zawierało również część nacjonalistycznej piosenki „Ey Iran”, którą śpiewają zarówno reformiści, jak i grupy opozycyjne.

MEK i zwolennicy wygnanego syna szacha, księcia Rezy Pahlaviego, nie odpowiedzieli na prośby o komentarz. AP nie otrzymał odpowiedzi na wiadomość e-mail wysłaną na jeden adres powiązany z oświadczeniami „Gepardy ojczyzny”.

Nazwa rzekomej grupy, „Gepardy Ojczyzny”, również wydawała się dziwna, biorąc pod uwagę, że „gepardy” to pseudonim irańskiego narodowego klubu piłkarskiego. Ronen Bergman, izraelski dziennikarz, który współpracuje z The New York Times i opublikował książkę o Mossadzie zatytułowaną „Powstań i zabij najpierw”, zastanawiał się, dlaczego irańska grupa opozycyjna tak się nazywa.

„Jest wysoce nieprawdopodobne, aby poważny ruch opozycyjny użyłby takiej nazwy, co prawdopodobnie jest dokładnie tym, co wymyślili ludzie, aby ludzie myśleli”, napisał Bergman w piątek na Twitterze po angielsku, nie rozwijając się. On również tweetował podobne przesłanie po hebrajsku.

Podejrzenie o incydent natychmiast padło na Izrael, w tym w komentarzu opublikowanym przez państwową agencję informacyjną IRNA w czwartek.

Meir Javedanfar, wykładowca Iranu w Interdyscyplinarnym Centrum w Herzliya w Izraelu, który oglądał wideo „Gepardy ojczyzny”, powiedział, że każda grupa domowa, która zdołała przeniknąć do silnie strzeżonych obiektów nuklearnych w Iranie, prawdopodobnie nie zaryzykuje schwytania za rozpowszechnianie takiego wideo. Powiedział „trudno jest wiedzieć”, czy izraelski Mossad lub inna zagraniczna agencja wywiadu wyprodukowała wideo

„Izrael nie jest jedynym krajem na świecie, w którym mówi się po persku”, powiedział Javedanfar. „Może to być zagraniczna agencja wywiadowcza, aby zasiać niezgodę w Iranie ... a może to fałszywa flaga reżimu irańskiego w celu stłumienia.”

Film nazwał go jednak miejscem nuklearnym w Kashan, a nie Natanz. Kashan to pobliskie miasto, w którym kiedyś mieszkała duża, historyczna społeczność żydowska. Irańczycy jednolicie nazywają miejsce nuklearne Natanz.

Zniszczenie zakładu montażu wirówek może znacznie wpłynąć na zdolność Iranu do szybszego wzbogacania większych ilości uranu, co byłoby celem dla Izraela lub USA

Iran rozpoczął eksperymenty z zaawansowanymi modelami wirówek po tym, jak USA jednostronnie wycofały się z umowy nuklearnej Teheranu z mocarstwami światowymi w 2015 roku. Jednak Iran potrzebował lat, aby udoskonalić swoje wirówki IR-1 pierwszej generacji, zakupione od sieci czarnorynkowego pakistańskiego naukowca AQ Khana. Nie jest jasne, czy Iran ma inny obiekt montażowy podobnej wielkości.

Fakt, że pożar w Natanz pojawia się również w niecały tydzień po eksplozji w rejonie na wschód od Teheranu, który zdaniem analityków kryje podziemny system tuneli i miejsca produkcji rakiet, również budzi podejrzenia.

„To drugi tajemniczy incydent w ostatnim tygodniu w krytycznym obiekcie w Iranie”, powiedziała prywatna firma wywiadowcza Stratfor z Teksasu. „W rzeczywistości każda z nich mogła być wynikiem działania grupy krajowej z lub bez wsparcia zagranicznego, bądź też cyberataku w USA lub Izraelu”.

Stratfor ostrzegł: „Jeśli trwają kampanie ze strony Stanów Zjednoczonych, Izraela i / lub lokalnych grup w Iranie, Iran prawdopodobnie ostatecznie zareaguje w naturze, potencjalnie przeciwko zachodnim celom w Zatoce Perskiej”.

___

Współtworzył go pisarz Joseph Krauss w Jerozolimie.

zrodlo:miziaforum.com

"Policja na Florydzie śmieje się po wystrzeleniu gumowych kul..."

FORT LAUDERDALE, Fla. (AP) - Nowo wydany materiał z kamery pokazuje, jak policjanci z Florydy śmieją się i świętują po wystrzeleniu gumowych kul podczas protestu w zeszłym miesiącu, w którym czarna kobieta została postrzelona w twarz i poważnie ranna.

Policja w Fort Lauderdale opublikowała w środę wideo na swoim oficjalnym kanale na YouTube, pobrane z kamery ciała detektywa Zachary'ego Baro, który kierował jednostką zespołu SWAT departamentu 31 maja. W pewnym momencie filmu można usłyszeć Baro, mówiąc: „Beat it ”I używając wulgaryzmów, gdy oficerowie wystrzelili mniej śmiercionośne pociski.

LaToya Ratlieff została uderzona gumową kulą w twarz podczas pokojowej demonstracji niecały tydzień po śmierci George'a Floyda w areszcie policyjnym w Minneapolis. 34-latka powiedziała, że doznała złamanej czaszki i wymagała 20 szwów. Nie mogła jeść przez tydzień i nadal ma problemy z widzeniem jednym, pełnym krwi okiem.

Zostaje poproszona o spotkanie z departamentem policji w celu omówienia reformy i upewnienia się, że odpowiedzialność będzie postępować w przyszłości. Jednak jej rzecznik, Evan Ross, powiedział, że miasto nie przyjęło jeszcze jej zaproszenia.

"Jestem załamany. Zasługujemy na coś lepszego ”- powiedziała w odpowiedzi na najnowszy film.

Podczas tego samego protestu policjant z Fort Lauderdale został naładowany baterią, gdy wideo pokazało, że zepchnął klęczącą kobietę na ziemię. Świadkowie stwierdzili, że pokojowe zgromadzenie zmieniło się w gniew, a protestujący odpowiedzieli, rzucając butelkami. Koledzy oficera szybko odepchnęli go od kobiety na ulicę.

Podczas kolejnej części nowego filmu opublikowanego w środę Baro niepoprawnie mówi innemu oficerowi, że jego kamera nie nagrywa, a dwaj oficerowie zaczynają się śmiać i żartować z ludzi, których zastrzelili gumowymi kulami.

Szef policji w Fort Lauderdale, Rick Maglione, powiedział, że departament przeprowadził wyczerpujący przegląd prawie 8 000 minut nagrań z kamery ciała, a raport zostanie ukończony w ciągu następnego miesiąca.

„Cały film wyraźnie pokazuje, że nasi oficerowie zostali zaatakowani przez grupę ludzi, którzy zdecydowali się użyć przemocy zamiast pokoju, aby zantagonizować sytuację”, powiedziała Maglione w oświadczeniu. „Mimo że język jest ekstremalny i obraźliwy dla niektórych, nasi oficerowie mieli do czynienia z chaosem rozwijającej się sytuacji”.

W ostatnich tygodniach pojawiło się kilka niepokojących filmów. Ratlieff powiedział, że są traumatyczni i sprawiają, że czuje się tak, jakby ulżyła jej chwila. Często je wyłącza.

Jeden film z graficznym świadkiem pokazuje Ratlieffa w jasnoróżowym plecaku, pochylającego się i kaszlącego od gazu łzawiącego. Gdy odchodzi od policji, strzelają gumową kulą, a protestujący chwyta ją za rękę i próbuje ją pospieszyć. Drugi strzał głośno pęka w powietrzu, a Ratlieff rozpada się na beton z przerażającym krzykiem.

„Ona jest zraniona, ona jest zraniona. Krwawi - krzyczy gorączkowo świadek, gdy wokół niej zbiera się kilku i widać, jak krew leje się na ziemię.

Nieznajomy zdarł koszulę i wywarł nacisk na jej głowę, gdy inny nieznajomy zawiózł ją do szpitala.

Ratlieff ma adwokata, ale nie złożył pozwu, twierdząc, że nie chodzi o pieniądze. Zeznała w tym tygodniu przed podkomisją amerykańskiej Izby Praw Obywatelskich i Wolności Obywatelskich podczas briefingu na temat przemocy rządowej wobec pokojowych demonstrantów protestujących o prawa obywatelskie.

„Po prostu nie chciałam myśleć, że policja to zrobiła” - powiedziała. „Nadal chcę zrozumieć, dlaczego ... nie mając tych odpowiedzi, to mnie frustruje”.

___

David Fischer przyczynił się do powstania tego raportu w Miami

zrodlo:miziaforum.com

"Nie miałyśmy pieniędzy na życie". Kulisy ułaskawienia przez Andrzeja Dudę skazanego za seksualne molestowanie córki

Na drastyczne pogorszenie sytuacji ekonomicznej wskazują zeznania córki i konkubiny mężczyzny, skazanego za znęcanie się nad bliskimi i seks...