
Ale potem, niczym skoczek wielorybów, niektórzy ludzie posunęli się za daleko w swoim własnym interesie.
Powstały chałupnicze przedsiębiorstwa lobbystów i organizacji pozarządowych, które zarabiały na rozwiązywaniu problemów nie w kierunku konstruktywnego rozwiązania przynoszącego korzyści społeczeństwu, ale w celu osiągnięcia trwałego zysku dla siebie.
A teraz, niczym widzowie pokazu wielorybów, zwykli ludzie w końcu zaczynają okazywać przerażenie rezultatami.
Polityka antynarkotykowa to tylko jeden z przykładów.
Kiedy były premier Justin Trudeau ubiegał się o urząd dekadę temu, dekryminalizacja posiadania narkotyków stała się jednym z jego głównych atutów.
To prawdopodobnie jedyna obietnica wyborcza, którą ktokolwiek jeszcze pamięta.
Przez dekady istniało lobby forsujące tę ideę.
Kiedy studiowałem kryminologię po studiach, jednym z naszych prelegentów był policjant, któremu ten pomysł bardzo się podobał i opowiadał o nim każdemu, kto chciał słuchać.
Chodziło o to, aby Vancouver funkcjonowało jak Amsterdam – wyrafinowane i oświecone miasto w kwestii narkotyków, jednocześnie lekceważące fakt, że Amsterdam to tylko kanały i wąskie uliczki.
Nie tak jak w Vancouver, gdzie narkomani mają mnóstwo miejsca na chodnikach i w parkach.
A jakby tego było mało, władze prowincji przejmowały dla nich hotele – które następnie były natychmiast niszczone.
Po zbyt długim trzymaniu się swojej porażki, ten sam rząd rzucił teraz ręcznik i zniósł dekryminalizację narkotyków.
Pierwotnym celem było „zmniejszenie stygmatyzacji i strachu przed postępowaniem karnym, które powstrzymują ludzi przed szukaniem pomocy, w tym medycznej”.
Okazuje się, że zapewnienie im bezpiecznego miejsca do wstrzyknięcia sobie narkotyków, a potem, gdy to nie zadziałało, rozdawanie darmowych igieł, a gdy to zawiodło, samo dawanie im darmowych narkotyków – wszystko pod pretekstem, że zaspokajanie ich nałogu kosztem publicznym pozwoli im się oczyścić – okazało się kompletną klapą.
Teraz zadanie sprzątania jest bardziej zniechęcające niż kiedykolwiek.
Bałagan jest oczywisty dla każdego, kto nie ma żadnego planu ani modelu biznesowego opartego na ciągłym trwaniu w tym bałaganie.
Bezdomność i rzeź narkotykowa połączyły się teraz z kryzysem migracyjnym, wywołanym przez te same instytucje, które zniszczyły swój własny, długoletni system punktowy imigracyjny, będący obiektem zazdrości wolnego świata.
Najwyraźniej nie był on wystarczająco wolny.
Ale teraz, ponieważ traktowali granice jak opcję, granice i ich przestrzeganie pozostawiono zwykłym obywatelom.
Tak jak wtedy, gdy przyłapano indyjskiego migranta na praniu ubrań w rzece objętej ochroną, podczas gdy gapie krzyczeli na niego w daremnej próbie wytłumaczenia tego pojęcia komuś, kto ledwie rozumiał sam język.
Skoro mowa o barierach językowych – „Woke Reich” zabrał się również za zmienianie nazw od dawna istniejących punktów orientacyjnych, zastępując je nie do wymówienia brzmiącymi słowami z języków rdzennych plemion.
Jak zauważyła Dallas Brodie, posłanka do zgromadzenia ustawodawczego prowincji, jej własne liceum z okolic Vancouver – Point Grey Secondary – firmuje się teraz nazwą „stəywəte:ń Point Grey Secondary”.
I tak oto wzięło w łeb całe to uczenie dzieci fonetyki.
A może teraz mają się „wkręcić” w *p̓xʷán̓əqs*? Albo *p̓hənoq̓s*?
Może *p̓hən̓íqs*?
Być może opanują ten nowy alfabet mniej więcej w tym samym czasie, w którym – pośród całego wachlarza dostępnych dziś opcji – uda im się ustalić, jakich zaimków osobowych mają używać:
*she/her, he/him, they/them, she/they, he/they, xe/xem, ze/zir, ze/hir, ey/em, fae/faer, per/per, ve/ver, ne/nem, ae/aer, co/cos, e/em/eir, thon/thons, hu/hum*.
Colony Farm to teraz „ƛ̓éxətəm Regional Park”; publiczny basen – wybudowany i nazwany z okazji Igrzysk Kanady w 1973 roku, gdzie jako młody pływak wyczynowy odbywałem treningi – nosi obecnie nazwę „təməsew̓txʷ Aquatic and Community Centre”; z kolei most Pattullo Bridge stał się „stal̕əw̓asəm Bridge”.
Spróbujcie wpisać to do swojego GPS-a.
Jednak miarą, która zdaje się przebrać czarę goryczy, jest uległość wobec rdzennej ludności – posunięta do tego stopnia, że przywódcy plemienni stają się *de facto* współrządcami prowincji – przy jednoczesnym braku jakichkolwiek działań zmierzających do uchylenia przepisów prowincjonalnych wdrażających DRIPA (Ustawę o Deklaracji Praw Ludów Tubylczych).
W efekcie przeciętny obywatel nabiera przekonania, że gdzieś na styku „konsultacji” i „zgody” zwykły właściciel domu będzie wkrótce potrzebował trzech pozwoleń, dwóch ocen oddziaływania na środowisko oraz błogosławieństwa dziedzicznego wodza, by móc postawić na własnej posesji zwykłą szopę ogrodową.
Cała ta sytuacja stała się tak absurdalna, że aż trudno pojąć, jak ktokolwiek może jej bronić z całkowicie poważną miną.
Jednak rozległe ruchy ideologiczne rzadko upadają bez walki – a współczesna „biurokracja alfabetowa” nie stanowi tu żadnego wyjątku.
Zbyt wielu ludzi wciąż angażuje się w podtrzymywanie tego stanu rzeczy – choćby tylko dlatego, że przyznanie się do popełnionych nadużyć wymagałoby zrewidowania lat przyjętych założeń, społecznych lojalności, a także własnej tożsamości.
Niczym ten facet, który wybił się na skuterze wodnym z grzbietu wieloryba, środowiska „woke” przez lata żyły w przekonaniu, że mogą taranować wszystko na swojej drodze, nie zaliczając przy tym bolesnej wywrotki.
Oświadczenia, poglądy i opinie wyrażone w niniejszej kolumnie są wyłączną własnością autora i niekoniecznie odzwierciedlają stanowisko RT.
Przetlumaczono przez translator Google
zrodlo:https://www.rt.com/news/640129-epicenter-of-woke-reich/
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz