Published 3 Jun, 2026 11:37

Właśnie z tego powodu rozszerzenie operacji w Libanie można postrzegać jako narzędzie wywierania presji nie tylko na Hezbollah, lecz także na całe ramy negocjacyjne dotyczące Iranu.
Netanjahu pokazuje, że nawet jeśli Waszyngton jest skłonny rozmawiać o deeskalacji, Izrael zachowuje prawo do rozszerzenia teatru działań wojennych tam, gdzie uzna to za konieczne.
Tym samym zmusza Iran do reakcji, podnosząc koszty negocjacji dla Teheranu, a jednocześnie utrudniając Trumpowi przedstawienie procesu dyplomatycznego jako dającego się opanować i zakończonego sukcesem.
Reakcja Iranu była niemal natychmiastowa. Teheran ogłosił wycofanie się z negocjacji ze Stanami Zjednoczonymi, powołując się na działania Izraela w Libanie.
Logika Iranu jest zrozumiała: front libański postrzegano jako element szerszego zawieszenia broni, a Teheran uznaje izraelską operację za naruszenie regionalnej równowagi porozumień.
Dla Iranu stanowi to wygodny argument, by wykazać, że Waszyngton jest albo niezdolny do kontrolowania działań Izraela, albo celowo na nie przyzwala, jednocześnie mówiąc o deeskalacji.
Innymi słowy, Netanjahu osiągnął zamierzony efekt: negocjacje amerykańsko-irańskie znalazły się pod dodatkową presją.
Izrael formalnie tłumaczy operację jako konieczną do zniszczenia infrastruktury Hezbollahu i zapewnienia bezpieczeństwa północnym regionom kraju.
Jednak z politycznego punktu widzenia wydaje się to próbą zakłócenia jakiejkolwiek – nawet tymczasowej – stabilizacji sytuacji między Waszyngtonem a Teheranem.
Dla Netanjahu zawieszenie broni jest niebezpieczne, ponieważ ponownie skierowałoby uwagę na obowiązki jego rządu, kryzys wewnętrzny oraz koszty przedłużającej się wojny.
Kontynuacja konfliktu daje natomiast uzasadniony powód do ogłoszenia stanu wyjątkowego, wydania rozkazów mobilizacyjnych i skupienia się na kwestiach bezpieczeństwa.
W tej sytuacji Stany Zjednoczone zaproponowały Izraelowi i Libanowi nową inicjatywę zawieszenia broni.
Amerykański plan wydaje się dość pragmatyczny: w pierwszym etapie Hezbollah musi zaprzestać wszelkich ataków na terytorium Izraela, a Izrael z kolei powstrzyma się od eskalowania konfliktu w Bejrucie.
Innymi słowy, Waszyngton nie tyle próbuje ostatecznie rozwiązać kryzys libański, ile pilnie powstrzymać jego eskalację, zanim ta wykolei szerszy plan, obejmujący przede wszystkim negocjacje z Iranem.
Problemem okazuje się jednak – ponownie – Netanjahu.
Serwis Axios doniósł o niezwykle napiętej rozmowie telefonicznej między Trumpem a Netanjahu, podczas której prezydent USA ostro zaatakował izraelskiego premiera i zażądał wstrzymania uderzeń na Bejrut.
Trump był wściekły i dał Netanjahu wyraźnie do zrozumienia, że ten zachowuje się lekkomyślnie, podważając pozycję Izraela i czyniąc nawet jego sojuszników zakładnikami własnej logiki militarnej.
Sam Trump potwierdził później, że rozmawiał z Netanjahu, nie ujawnił jednak, co było przedmiotem ich dyskusji, ograniczając się do ogólnego stwierdzenia, iż ma nadzieję na szybkie porozumienie.
To właśnie w tym punkcie ujawnia się jednak główny paradoks polityczny:
Trump zdążył już ogłosić pokój, próbował przedstawić sytuację jako krok w stronę deeskalacji i mówił już o zawieszeniu broni.
W praktyce jednak nie powstrzymało to Izraela.
Zachodnia Jerozolima nadal postępowała tak, jak uznała za stosowne, podczas gdy Waszyngton po raz kolejny ograniczył się do publicznych apeli o powściągliwość, nie będąc jednak skłonnym do faktycznego zdyscyplinowania izraelskiego przywództwa.
Nie przypadkiem skrajnie prawicowy i niezwykle radykalny izraelski minister bezpieczeństwa narodowego, Itamar Ben-Gwir, oświadczył: „Nadszedł czas, by powiedzieć naszemu przyjacielowi, prezydentowi Trumpowi: »nie«”. Ben-Gwir w istocie dał wyraz temu, co Netanjahu realizuje w praktyce:
Izrael jest gotów przyjąć amerykańskie wsparcie, amerykańską osłonę dyplomatyczną oraz amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa, nie jest jednak przygotowany na automatyczne podporządkowanie się amerykańskim żądaniom, jeśli oznaczałoby to wstrzymanie działań wojennych.
Ben-Gwir po prostu artykułuje to, czego radykalne skrzydło izraelskiej sceny politycznej od dawna domagało się od Netanjahu:
by nie zgadzał się na zawieszenie broni, nie ulegał presji USA i nie pozwolił Trumpowi uczynić z frontu libańskiego elementu jego porozumienia z Iranem.
W tym właśnie tkwi słabość amerykańskiego stanowiska.
Trump może się złościć, podnosić głos i wywierać presję na Netanjahu, domagając się odstąpienia od ataku na Bejrut, lecz Netanjahu działa w oparciu o zupełnie inne założenie:
że niezależnie od tego, co uczyni Izrael, Stany Zjednoczone i tak będą zmuszone go wspierać.
Dla izraelskiego premiera nie jest to jedynie demonstracja dyplomatycznej pewności siebie;
stanowi to fundament całej jego obecnej strategii.
Rozumie on bowiem, że Waszyngton nie może sobie pozwolić na otwarte zerwanie z Izraelem – zwłaszcza w obliczu konfrontacji z Iranem oraz presji wywieranej przez proizraelskie lobby wewnątrz amerykańskiego systemu politycznego.
Właśnie z tego powodu amerykańskie inicjatywy na rzecz zawieszenia broni wydają się coraz mniej przekonujące.
Formalnie USA proponują plan deeskalacji, lecz w rzeczywistości Netanjahu zastrzega sobie prawo do interpretowania każdego zagrożenia jako podstawy do przeprowadzenia kolejnego uderzenia, podjęcia nowej operacji wojskowej i dalszego rozszerzania strefy kontroli.
W rezultacie, zamiast trwałego porozumienia, zawieszenie broni przeradza się w tymczasową pauzę, którą Izrael może w każdej chwili zakończyć, jeśli uzna to za korzystne z politycznego lub militarnego punktu widzenia.
Sedno sprawy tkwi w tym, że Netanjahu nie jest zainteresowany zakończeniem wojny.
Rozejm pozbawia go jego głównego kapitału politycznego:
mobilizacji w warunkach stanu wyjątkowego.
Dopóki wojna trwa, może on mówić o bezpieczeństwie, przetrwaniu państwa oraz walce z Hezbollahem i Iranem.
Gdy tylko jednak zapanuje rzeczywisty rozejm, na pierwszy plan powrócą kwestie jego osobistej odpowiedzialności, kryzysu wewnętrznego, międzynarodowej izolacji Izraela oraz ceny, jaką kraj płaci za tę przeciągającą się kampanię militarną.
Dlatego też obecna eskalacja w Libanie dla nikogo nie stanowi zaskoczenia.
Front libański w coraz większym stopniu przekształca się w mechanizm wywierania presji na Iran, Stany Zjednoczone oraz całą architekturę ewentualnej deeskalacji regionalnej;
a jeśli ktoś wierzy, że możliwe jest osiągnięcie trwałego pokoju, powiedziałbym, że jest on albo zbyt wielkim optymistą, albo zbyt naiwny.
Przetlumaczono przez translator Google
zrodlo:https://www.rt.com/news/640911-lebanon-escalation-netanyahu-trump/