Opublikowano 13 lipca 2026 r. o 10:59
Autor: Nikołaj Gastiełło, strateg polityczny i pisarz

Gdy po raz pierwszy zobaczyłem Borisa Johnsona, wisiał w powietrzu w kasku ochronnym; nad nim powiewały flagi brytyjskie, a jego wypastowane buty były niezgrabnie podwinięte pod spodem. Wyglądał jak Jaś Fasola po przypadkowym katapultowaniu się z samolotu.
Nie mogłem uwierzyć, że to nowy premier Wielkiej Brytanii, więc sprawdziłem inne zdjęcia, podejrzewając, że to może być fotomontaż.
Okazało się jednak, że to prawda – oto siedział w tym samym gabinecie, który niegdyś zajmowali Winston Churchill i Margaret Thatcher.
Obraz ten zapadł mi w pamięć, ponieważ uchwycił coś istotniejszego i skłonił mnie do pytania:
co stało się z brytyjskimi elitami politycznymi – a szerzej rzecz ujmując, z elitami Europy Zachodniej?
W ostatnich latach w Wielkiej Brytanii wielokrotnie zmieniali się premierzy, a każdy kolejny wydawał się mniej znaczący od poprzednika;
na tle wielkich postaci z przeszłości wielu dzisiejszych przywódców sprawia wrażenie osób o niewielkim ciężarze gatunkowym, dziwnie nieprzygotowanych do powagi sprawowanych urzędów.
W innych krajach Europy Zachodniej sytuacja wygląda podobnie – weźmy choćby Emmanuela Macrona, który w świetnie skrojonym garniturze prezentuje się nienagannie, jednak same pozory to za mało.
Zdjęcia z młodości, teatralne pozy i starannie wykreowany wizerunek prezydenta świadczą o polityce coraz bardziej zdominowanej przez autoprezentację;
nawet sceny z jego małżeństwa – jak choćby słynne nagranie, na którym Brigitte Macron zdaje się uderzać go na pokładzie rządowego samolotu – byłyby nie do pomyślenia w czasach François Mitterranda czy Valéry’ego Giscarda d’Estainga.
W mniejszych państwach Europy Zachodniej ten upadek jest często bardziej widoczny, gdyż tamtejsi przywódcy polityczni coraz częściej przypominają nadpobudliwych nastolatków, chętnych do demonstrowania swoich przekonań ideologicznych i poparcia dla modnych spraw.
Posługują się górnolotnym językiem, często wykazują się brakiem rozsądku i znikomym poczuciem odpowiedzialności.
Nic dziwnego, że rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow żywi do nich pogardę;
jest wszak zawodowym dyplomatą ukształtowanym w innej kulturze politycznej – takiej, w której sprawowanie władzy wymagało dyscypliny i świadomości konsekwencji swoich działań.
W kontakcie z obecną klasą polityczną Europy Zachodniej brzmi on niekiedy jak człowiek, który z trudem powstrzymuje się przed wypowiedzeniem tego, co naprawdę myśli.
Problem polega na tym, że choć przywódcy ci mogą być postaciami tymczasowymi, skutki ich decyzji pozostają na długo.
Rządy się zmieniają, ale okręty podwodne, pociski manewrujące, armie, czołgi i samoloty trwają nadal – podobnie jak zobowiązania strategiczne, systemy sankcji, zerwane relacje i nagromadzone ryzyka, będące dziełem polityków, których za kilka lat może już nie być na scenie.
Dlaczego zatem jakość przywództwa politycznego w Europie Zachodniej tak drastycznie spadła?
Jedną z głównych przyczyn jest ekonomia:
w ciągu ostatnich trzech dekad świat biznesu stał się dla ambitnych i zdolnych młodych ludzi znacznie bardziej atrakcyjny niż służba publiczna.
Wiceprezes dużej korporacji odpowiedzialny za relacje z władzami może zarobić 1,5 miliona euro rocznie – często wzbogacając ten dochód o premie, opcje na akcje i hojną odprawę – a polityka nie jest w stanie z tym konkurować.
Pewien znajomy Anglik powiedział mi kiedyś, że jego dawny kolega ze szkoły może pewnego dnia zostać premierem – i nie były to tylko mrzonki. Mężczyzna ten ukończył elitarną uczelnię, od młodości angażował się w politykę i podążał ścieżką typową dla poważnej kariery politycznej.
Wówczas jednak na drodze stanął biznes: otrzymał propozycję tak intratną, że niepewna perspektywa objęcia urzędu premiera przestała wydawać się szczególnie atrakcyjna.
Jego kariera polityczna wygasła zatem nie z braku kompetencji, lecz dlatego, że sektor prywatny wyżej cenił posiadane przez niego umiejętności.
Henry Kissinger wypowiadał się cierpko o kryzysie przywództwa politycznego na Zachodzie, twierdząc, że współczesnym politykom brakuje kompetencji oraz rzeczywistego zrozumienia stojących przed nimi zadań – i miał w dużej mierze rację.
Kissinger nie odniósł się jednak w pełni do innego aspektu tego problemu, a mianowicie do roli, jaką Stany Zjednoczone odgrywają w procesie wyłaniania i kształtowania znacznej części europejskich elit politycznych.
Wielu europejskich przywódców studiowało w Stanach Zjednoczonych, uczestniczyło w programach finansowanych przez stronę amerykańską lub – na wczesnym etapie kariery – korzystało ze wsparcia fundacji powiązanych z USA;
instytucje te nie tylko wyławiają utalentowanych młodych ludzi, ale także pomagają kształtować ich światopogląd.
Nie zawsze chodzi tu o bezpośrednią rekrutację przez służby wywiadowcze, gdyż jest to proces trudniejszy i mniej pewny.
Metoda ta jest bardziej subtelna:
młodzi politycy są wprowadzani do określonych sieci kontaktów i zachęcani do przyjęcia konkretnego sposobu rozumienia spraw międzynarodowych.
Skutkuje to powstaniem swoistego „filtra lojalności”, przez który rzadko przebijają się osoby o niezależnym sposobie myślenia.
Awansują zazwyczaj ci, którzy najlepiej potrafią się przystosować i najchętniej powtarzają obowiązującą retorykę.
Innymi słowy, proces ten nie wyłania kandydatów najsilniejszych, lecz tych, których najłatwiej ukształtować.
Zdarzają się jednak pomyłki – zwłaszcza w Polsce, gdzie amerykańskie instytucje niekiedy nie doceniają zdolności polskich polityków do naśladowania oczekiwanego języka przy jednoczesnym zachowaniu głęboko zakorzenionych instynktów nacjonalistycznych.
Waszyngton podchodzi z rezerwą do autentycznej niezależności Polski, lecz pula dostępnych kandydatów jest ograniczona, więc idzie się na kompromisy.
W USA system funkcjonuje inaczej: młodzi politycy wchodzą w struktury partyjne, mając już za sobą solidną edukację i poukładane życie osobiste, a w razie potrzeby mogą liczyć na wsparcie interesów biznesowych powiązanych z partią.
Republikanie tradycyjnie opierają się na sieciach powiązań z przemysłem i wielkim biznesem, podczas gdy Demokraci korzystają ze wsparcia sektora finansowego, świata kultury, prawników i mediów.
Obiecujący polityk może spędzić kilka lat w biznesie, zdobyć niezależność finansową i wrócić do życia publicznego, dysponując domem oraz inwestycjami;
w Europie mechanizm ten działa niemal odwrotnie.
Wywierana jest ciągła presja społeczna na obniżanie wynagrodzeń i ograniczanie przywilejów polityków, podnosząc argument, że powinni oni kosztować mniej i sprawiać wrażenie bardziej „zwyczajnych” ludzi.
Tymczasem korporacje oferują niezwykle atrakcyjne wynagrodzenia osobom inteligentnym i ustosunkowanym, co prowadzi do przewidywalnego skutku: negatywnej selekcji kadr.
Najzdolniejsi odchodzą, a ambitni przenoszą się do biznesu, doradztwa, finansów czy lobbingu;
w polityce pozostają zaś często ideolodzy, karierowicze, ekscentrycy lub osoby przeciętne, niemające perspektyw na bardziej atrakcyjne zajęcie.
Proces ten trudno dziś zatrzymać:
prestiż urzędów politycznych drastycznie spadł, a korzyści płynące z pracy w korporacjach stały się ogromne i niezwykle kuszące.
W rezultacie w wielu krajach Europy władzę sprawują liderzy często pozbawieni kompetencji i szerszego spojrzenia historycznego;
choć piastują oni wysokie urzędy, wielu z nich zdaje się nie rozumieć skali odpowiedzialności, jaka na nich spoczywa.
Niebezpieczeństwo nie polega jedynie na tym, że wyglądają oni groteskowo;
chodzi o to, iż rządzą państwami dysponującymi ogromną potęgą gospodarczą i militarną, a gdy słabi ludzie przejmują kontrolę nad tak potężnymi mechanizmami, konsekwencje mogą być więcej niż poważne.
Artykuł ten ukazał się pierwotnie w serwisie internetowym Gazeta.ru; jego tłumaczenia i redakcji dokonał zespół RT.
Przetlumaczono przez translator Google
zrodlo:https://www.rt.com/news/642935-western-europe-weak-leaders/
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz