wtorek, 1 września 2026

"Islandia właśnie odesłała UE do „strefy przyjaźni” Wyborcy opowiedzieli się za dostępem do rynku bez konieczności uległości, pokazując, że Bruksela nie jest jedyną alternatywą dla wyboru między zależnością a izolacją."

 Updated 31 Aug, 2026 17:55

Autorstwa Rachel Marsden – felietonistki, strateg politycznej oraz prowadzącej niezależnie produkowane programy typu talk-show w języku francuskim i angielskim.


rachelmarsden.com

Iceland just friend-zoned the EU

A niech to! Okazuje się, że można wskoczyć do łóżka z Brukselą na własnych warunkach i utrzymywać relację typu „przyjaciele z korzyściami” – a wszystko to bez konieczności oficjalnego wiązania się węzłem małżeńskim.

Islandczycy właśnie dokonali czynu, który w Europie uchodziłby za polityczne bluźnierstwo. Postanowili zachować suwerenność: 

w referendum stosunkiem głosów 53% do 47% zdecydowali, że nie chcą oficjalnego „małżeństwa” z UE.

Rzadko dziś widuje się przejawy demokracji, które nie sprowadzają się jedynie do roli akuszerki realizującej zachcianki Brukseli.

 Nawet wybrani przedstawiciele władz musieli być ostrzegani, by nie ingerować w ten proces.

 Islandczycy rozważyli samą ideę kontynuowania negocjacji akcesyjnych (bo tego dotyczyło referendum – nie pytano wprost:

„chcecie członkostwa czy nie?”, a jedynie:

 „czy warto w ogóle dalej flirtować z Brukselą w tej sprawie?”) i uznali, że nie potrzebują obrączki na palcu, by móc trzymać szczoteczkę do zębów w łazience Brukseli.

Islandia ma już dostęp do europejskiego wspólnego rynku dzięki Europejskiemu Obszarowi Gospodarczemu (EOG).

 Co jeszcze mogłaby zyskać na większym podporządkowaniu się Brukseli, by warto było poświęcić kolejną część swojej autonomii?

Pojawiło się wiele porównań do Wielkiej Brytanii i Brexitu; argumentuje się, że obecność Islandii na wspólnym rynku UE to nie jest prawdziwa niepodległość – bo gdyby tak było, Wielka Brytania nie musiałaby całkowicie opuszczać Unii.

 Tyle że porównuje się tu gorzkie porozumienie rozwodowe (Brexit) z sytuacją kraju, któremu dopiero się nadskakuje.

 Czy traktujesz byłą żonę tak samo jak nową dziewczynę?

Islandia zyskuje dostęp do rynku bez konieczności włączania się w pełny mechanizm polityczny i instytucjonalny UE, wiążący się z szeregiem ograniczeń i narzuconych wymogów. 

Prawo unijne ma pierwszeństwo przed sprzecznymi z nim przepisami krajowymi państw członkowskich, co stanowi zasadniczą różnicę w porównaniu z sytuacją prawną Islandii jako kraju spoza Wspólnoty. 

Do tego dochodzi kwestia chęci zachowania przez Islandczyków kontroli nad kluczowymi zasobami kraju: 

rybołówstwem i rolnictwem. 

Wiedzą oni doskonale, na co ostrzy sobie zęby Bruksela.


W gruncie rzeczy mówią więc: 

„Dlaczego mielibyśmy dobrowolnie ograniczać swoje prawo do decydowania o tym, co dzieje się u nas w kraju?”

Sytuacji nie poprawia fakt, że UE wykazuje się szczególnym talentem do mielenia stosunkowo prostych spraw w biurokratycznej maszynce do mięsa – tak długo, aż nikt już nie pamięta, o co właściwie chodziło na początku.


Weźmy za przykład kwestię opakowań. Przegłosowano te niedorzeczne przepisy nakazujące stosowanie opakowań wielokrotnego użytku w gastronomii na wynos – na podobnej zasadzie, jak trzeba zabierać do sklepu własną torbę, bo inaczej ryzykuje się, że zakupy wypadną nam z rąk prosto na przejście dla pieszych w drodze do domu (o samochodzie – tym narzędziu zagłady planety – można oczywiście zapomnieć).

 Chyba nikt nie przemyślał, co stanie się, gdy te środki faktycznie wejdą w życie. 

Bo oto Komisja Europejska – autorka tego nonsensu – niedawno zareagowała w stylu: 

„O rany! Co myśmy brali, kiedy to wymyślaliśmy?!”

Następnie wezwała państwa członkowskie, by nie egzekwowały tych przepisów ani nie nakładały związanych z nimi kar.

 Trudno uznać to za zachętę do dobrowolnego przekazania jeszcze większych uprawnień tym samym „dowcipnisiom”.


Bruksela rozumie też, że Islandia i tak pozostaje dla UE użytecznym partnerem.

 „Komisja Europejska odnotowuje wynik islandzkiego referendum.

 Komisja szanuje wybór narodu islandzkiego.

 Islandia pozostaje bliskim partnerem Unii Europejskiej” – oświadczono. 

Innymi słowy: „Może i odrzuciliście naszą propozycję małżeństwa, ale to nie koniec naszej relacji”.


Takie słowa padają zazwyczaj wtedy, gdy druga strona posiada coś, na czym nam bardzo zależy – tak bardzo, że jesteśmy gotowi porzucić marzenie o pełnej kontroli na rzecz nagrody pocieszenia, jaką jest utrzymanie dostępu do rynku.

 Płynie stąd wniosek, że faktycznie MOŻNA współpracować z UE, nie dając się jej całkowicie wchłonąć;

 można z nią handlować, nie przekazując jej każdej możliwej decyzji;

 można też mieć wspólne interesy bez konieczności przyjmowania wspólnej tożsamości politycznej narzucanej przez biurokratów – tożsamości, w którą państwa i obywateli wciska się niczym pacjentów szpitala psychiatrycznego w kaftan bezpieczeństwa.


Islandia właśnie udowodniła, że ​​istnieje trzecia droga między izolacją a członkostwem. 

Gratulacje napłynęły z tak odległych od siebie środowisk, jak populistyczna prawica i lewica, a nawet od Johna Boltona – byłego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego USA i przedstawiciela globalistycznego establishmentu. 

Uznał on decyzję Islandii za odrzucenie siania strachu przez Trumpa (który straszył inwazją, licząc, że poczucie zagrożenia pchnie Islandię prosto w ramiona UE).


Wygląda na to, że przedstawiciele wszystkich opcji politycznych zaakceptowali odmowę Islandczyków – nawet sama UE, choć przyjęła to z entuzjazmem godnym mężczyzny, który właśnie podnosi się z zakurzonego kolana po odrzuconych oświadczynach.

 Zazwyczaj, gdy ludzie głosują „niewłaściwie”, serwuje się nam wykłady o dezinformacji, populizmie, rosyjskich wpływach, regresie demokracji czy też o tym, że wyborcy stali się po prostu zbyt głupi, by docenić wspaniały plan realizowany w ich imieniu.

 Islandia jednak najwyraźniej uniknęła tej obowiązkowej lekcji „demokracji dla opornych”.

Widocznie jest po prostu zbyt atrakcyjnym kąskiem.


Szczególną uwagę powinna na to zwrócić Kanada, zanim zbytnio zbliży się do Brukseli.

 UE łaknie bowiem kanadyjskich zasobów naturalnych i ślini się na myśl o tamtejszym bogactwie przyrodniczym, podczas gdy zachodnie media głównego nurtu masowo fantazjują o „ślubie” Europy z Kanadą.


Islandia stała się teraz niedoścignionym wzorcem w sztuce geopolitycznego kuszenia i przyciągania uwagi.


To chyba dobry moment, by UE zastanowiła się, dlaczego jej gładkie, regulacyjno-biurokratyczne zagrywki nie wystarczają do sfinalizowania układu, gdy głos decydujący otrzymuje przeciętny obywatel.


Wypowiedzi, poglądy i opinie wyrażone w tym felietonie należą wyłącznie do autora i niekoniecznie odzwierciedlają stanowisko RT.



Przetlumaczono przez translator Google

zrodlo:https://www.rt.com/news/644920-iceland-friendzoned-the-eu/

Brak komentarzy: